Są takie słowa na świecie, które bez względu na szerokość geograficzną znaczą to samo. Takim słowem jest z pewnością m. in. „coca-cola”, „Google”, „facebook”, ”f**k”, i …”Toyota”. Jak wiadomo, wizerunek to metka, na którą pracuje się latami. A że Toyoty, to samochody, które jeżdżą latami … to ani polski hydraulik, ani wyposażony w kałasznikowa mieszkaniec Zimbabwe nie ma wątpliwości, że na Toyocie polegać można w każdych warunkach, nawet, gdy wróg też ma kałasznikowa. Ba, także Amerykanie, mimo silnej indoktrynacji aferą „sticking pedals”, nie zwątpili w jakość produktów pana Toyody. Od 8 lat Toyota Camry to najlepiej sprzedający się w Stanach „Midsize” i kropka. (ponad 313.000 egzemplarzy)
Niestety, o ile jakość Toyoty nie budzi większych wątpliwości, to z designem jest już gorzej. Pomijając różnicę gustów, dość powszechnie – patrz globalnie - słychać głosy, że Toyota jest po prostu nudna. No i do tego ten wizerunek marki będącej prekursorem samochodów hybrydowych i dbałości o ekologię. Z pewnością taka "łatka" drapieżności nie dodaje. A amerykański everyman lubi moc. Cóż, życiu jest najczęściej tak, że albo coś jest praktyczne, ekonomiczne, ekologicznie i niezawodne, ale jest awangardowe… tzn. francuskie:) Toyota jednak jest japońska, a nuda w żadnym języku sprzedaży nie zwiększa. Wydaje się, że to właśnie zaczęło przeszkadzać marketing owcom w Stanach.
Wraz z wprowadzeniem na rynek nowego modelu Camry – 2011, postanowili zerwać z wizerunkiem auta z wypożyczalni, auta dla rentierów, tudzież rodzinnego sedana, którym rodzice klasy średniej wożą dzieci do szkoły (bez urazy dla SUVów). Zapadła decyzja by dodać trochę wigoru i splendoru. I tak, kierując się starą filmową maksymą „jak nie wiadomo co dalej robić, to zróbmy dym”, spece z marketingu Toyoty, podeszli do sprawy dosłownie.
Najpierw wysłali Team Toyoty do amerykańskiej serii wyścigów NASCAR, a następnie nakręcili spoty z „paleniem gumy” i całą masą dymu. Wydawałoby się, ze łączenie ryczących, paliwożernych mosntrów z Nascar z ekologicznymi hybrydami, to dość karkołomny pomysł. Wygląda jednak na to, ze niekoniecznie. Oto w świetle jupiterów konsument dowiaduje się, ze dostaje samochód z wyścigowym rodowodem, duża mocą i w dodatku ekologiczny&ekonomiczny, bo przecież hybrydowe. Cóż, zdaje się, ze nawet dym z opon toyoty jest mniej toksyczny niż ze starego dobrego Camaro. No chyba, że te pioruny ze spotów reklamowych wywołane są właśnie globalnym ociepleniem…
Tak czy siak, nudy jakby mniej, no i „thrill” też jest:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz