W businessie chwalić się trzeba... ale przechwalać - nie wskazano! ...bo jak się młokos chełpi, ze ma talent wszelki, to niech lepiej zważa, by się na śmieszność nie narazać.
Ogólnie jestem na nie. Ani to wybitnie świeza komunikacja, ani wybitnie lotna, ani wybitnie smieszna. Ot taki lekko niedorzeczny atak na zbyt wysokie pozycje. Ba! Gdyby to była przynajmniej ułańska szarza ... ale to takie przechwałki Tomcia Skwarki. Zamiast uzniania, budzi politowanie. Amen.
Świat zmienił się znacznie odkąd moje pokolenie naciskało pierwsze „entery”. Dziś już nawet naciskanie klawiatury jest „passe” i wszyscy wieżą w aktywne ciekłokrystaliczne tabliczki. Śmieszne, nie? Znów piszemy na tabliczkach… tyle, że nie kamiennych, a ledowych. Osobliwym jest fakt, że świat wirtualny przy pomocy „social mediów” tak mocno zmieszał się z realnym, że dzień zaczyna się od sprawdzenia tego co w sieci, a nie tego, co za oknem… wirtualny deszcz, wirtualny śmiech, wirtualny znicz, i oczywiście „zimo wypier^%&$” (kretynizm!!!)… Swoją drogą, patrząc z odrobinę większej perspektywy - to jedynie substytucja okien – tych z Sokółki na te od Windowsa:) Nonem onem, jakby ktoś chciał się czepiać – jedne i drugie są tak samo szczelne… no, ale to temat na osobny rozdział…
Tak więc dzisiaj, aktywność „webowa” jest wyznacznikiem nie tylko „fajności”, ale i „witalności”. Młodzi rozgrywają swój świat w Simsach na facebooku i oddychają cyfrowym tlenem, od którego są uzależnieni. Cóż, w końcu ja też piszę w sieci, a nie gęsim piórem… Ogólnie, jak Cię nie ma na facebooku – nie istniejesz. Wszyscy zapadli na głęboką „digitaliozę” i podłączają się do kroplówki z napisem „online” bełkocząc w malignie do znudzenia: „connectivity”, „social feature integration”, „Smartphone application”, „Sorry, I can’t go out with you tonight, I’m busy, I’ve got to check my e-mail”…
Spece od sprzedaży doskonale wiedzą, że ta cyfrowa używka jest silnie uzależniająca. Sami zresztą ćpają „cyfrówę” nałogowo. W mozolnie przygotowanych prezentacjach PowerPoint wkładają w głowy projektantom, że każdy nowy produkt musi być zintegrowany z siecią. I tak powstają sieciowe pralki, kombiwary, dywany i … samochody podłączone do Facebooka.
Mercedes, przy okazji promocji konceptu nowej A-klasy chwali się swoim „entertaining center” połączonym z „social mediami” (patrz „f” w kwadracie). Benz uznał bowiem, że młodzi z przyrośniętym do ręki iphonem, są na tyle znaczącą grupą konsumentów, że zamierza umożliwić im narkotyzowanie się siecią także w samochodzie. Wszystko po to, by „Millenios” mogli kontynuować swój „life style” spoza samochodu, także w jego kabinie. Cóż, już się nie mogę doczekać tych intrygujących, pełnych akcji postów na facebookowym wallu: „jadę 200, więc niewyraźnie piszę!”. …Boże prowadź!
Są takie słowa na świecie, które bez względu na szerokość geograficzną znaczą to samo. Takim słowem jest z pewnością m. in. „coca-cola”, „Google”, „facebook”, ”f**k”, i …”Toyota”. Jak wiadomo, wizerunek to metka, na którą pracuje się latami. A że Toyoty, to samochody, które jeżdżą latami … to ani polski hydraulik, ani wyposażony w kałasznikowa mieszkaniec Zimbabwe nie ma wątpliwości, że na Toyocie polegać można w każdych warunkach, nawet, gdy wróg też ma kałasznikowa. Ba, także Amerykanie, mimo silnej indoktrynacji aferą „sticking pedals”, nie zwątpili w jakość produktów pana Toyody. Od 8 lat Toyota Camry to najlepiej sprzedający się w Stanach „Midsize” i kropka. (ponad 313.000 egzemplarzy)
Niestety, o ile jakość Toyoty nie budzi większych wątpliwości, to z designem jest już gorzej. Pomijając różnicę gustów, dość powszechnie – patrz globalnie - słychać głosy, że Toyota jest po prostu nudna. No i do tego ten wizerunek marki będącej prekursorem samochodów hybrydowych i dbałości o ekologię. Z pewnością taka "łatka" drapieżności nie dodaje. A amerykański everyman lubi moc. Cóż, życiu jest najczęściej tak, że albo coś jest praktyczne, ekonomiczne, ekologicznie i niezawodne, ale jest awangardowe… tzn. francuskie:) Toyota jednak jest japońska, a nuda w żadnym języku sprzedaży nie zwiększa. Wydaje się, że to właśnie zaczęło przeszkadzać marketing owcom w Stanach.
Wraz z wprowadzeniem na rynek nowego modelu Camry – 2011, postanowili zerwać z wizerunkiem auta z wypożyczalni, auta dla rentierów, tudzież rodzinnego sedana, którym rodzice klasy średniej wożą dzieci do szkoły (bez urazy dla SUVów). Zapadła decyzja by dodać trochę wigoru i splendoru. I tak, kierując się starą filmową maksymą „jak nie wiadomo co dalej robić, to zróbmy dym”, spece z marketingu Toyoty, podeszli do sprawy dosłownie.
Najpierw wysłali Team Toyoty do amerykańskiej serii wyścigów NASCAR, a następnie nakręcili spoty z „paleniem gumy” i całą masą dymu. Wydawałoby się, ze łączenie ryczących, paliwożernych mosntrów z Nascar z ekologicznymi hybrydami, to dość karkołomny pomysł. Wygląda jednak na to, ze niekoniecznie. Oto w świetle jupiterów konsument dowiaduje się, ze dostaje samochód z wyścigowym rodowodem, duża mocą i w dodatku ekologiczny&ekonomiczny, bo przecież hybrydowe. Cóż, zdaje się, ze nawet dym z opon toyoty jest mniej toksyczny niż ze starego dobrego Camaro. No chyba, że te pioruny ze spotów reklamowych wywołane są właśnie globalnym ociepleniem…
Tak czy siak, nudy jakby mniej, no i „thrill” też jest:)