czwartek, 22 września 2011

Volvo nie idź tą drogą

W businessie chwalić się trzeba... ale przechwalać - nie wskazano! ...bo jak się młokos chełpi, ze ma talent wszelki, to niech lepiej zważa, by się na śmieszność nie narazać.

Ogólnie jestem na nie. Ani to wybitnie świeza komunikacja, ani wybitnie lotna, ani wybitnie smieszna. Ot taki lekko niedorzeczny atak na zbyt wysokie pozycje. Ba! Gdyby to była przynajmniej ułańska szarza ... ale to takie przechwałki Tomcia Skwarki. Zamiast uzniania, budzi politowanie. Amen.

wtorek, 20 września 2011

Digital Natives

Świat zmienił się znacznie odkąd moje pokolenie naciskało pierwsze „entery”. Dziś już nawet naciskanie klawiatury jest „passe” i wszyscy wieżą w aktywne ciekłokrystaliczne tabliczki. Śmieszne, nie? Znów piszemy na tabliczkach… tyle, że nie kamiennych, a ledowych. Osobliwym jest fakt, że świat wirtualny przy pomocy „social mediów” tak mocno zmieszał się z realnym, że dzień zaczyna się od sprawdzenia tego co w sieci, a nie tego, co za oknem… wirtualny deszcz, wirtualny śmiech, wirtualny znicz, i oczywiście „zimo wypier^%&$” (kretynizm!!!)… Swoją drogą, patrząc z odrobinę większej perspektywy - to jedynie substytucja okien – tych z Sokółki na te od Windowsa:) Nonem onem, jakby ktoś chciał się czepiać – jedne i drugie są tak samo szczelne… no, ale to temat na osobny rozdział…

Tak więc dzisiaj, aktywność „webowa” jest wyznacznikiem nie tylko „fajności”, ale i „witalności”. Młodzi rozgrywają swój świat w Simsach na facebooku i oddychają cyfrowym tlenem, od którego są uzależnieni. Cóż, w końcu ja też piszę w sieci, a nie gęsim piórem… Ogólnie, jak Cię nie ma na facebooku – nie istniejesz. Wszyscy zapadli na głęboką „digitaliozę” i podłączają się do kroplówki z napisem „online” bełkocząc w malignie do znudzenia: „connectivity”, „social feature integration”, „Smartphone application”, „Sorry, I can’t go out with you tonight, I’m busy, I’ve got to check my e-mail”…

Spece od sprzedaży doskonale wiedzą, że ta cyfrowa używka jest silnie uzależniająca. Sami zresztą ćpają „cyfrówę” nałogowo. W mozolnie przygotowanych prezentacjach PowerPoint wkładają w głowy projektantom, że każdy nowy produkt musi być zintegrowany z siecią. I tak powstają sieciowe pralki, kombiwary, dywany i … samochody podłączone do Facebooka.

Mercedes, przy okazji promocji konceptu nowej A-klasy chwali się swoim „entertaining center” połączonym z „social mediami” (patrz „f” w kwadracie). Benz uznał bowiem, że młodzi z przyrośniętym do ręki iphonem, są na tyle znaczącą grupą konsumentów, że zamierza umożliwić im narkotyzowanie się siecią także w samochodzie. Wszystko po to, by „Millenios” mogli kontynuować swój „life style” spoza samochodu, także w jego kabinie. Cóż, już się nie mogę doczekać tych intrygujących, pełnych akcji postów na facebookowym wallu: „jadę 200, więc niewyraźnie piszę!”. …Boże prowadź!

środa, 7 września 2011

Today, Tommorow, Thunder

Są takie słowa na świecie, które bez względu na szerokość geograficzną znaczą to samo. Takim słowem jest z pewnością m. in. „coca-cola”, „Google”, „facebook”, ”f**k”, i …”Toyota”. Jak wiadomo, wizerunek to metka, na którą pracuje się latami. A że Toyoty, to samochody, które jeżdżą latami … to ani polski hydraulik, ani wyposażony w kałasznikowa mieszkaniec Zimbabwe nie ma wątpliwości, że na Toyocie polegać można w każdych warunkach, nawet, gdy wróg też ma kałasznikowa. Ba, także Amerykanie, mimo silnej indoktrynacji aferą „sticking pedals”, nie zwątpili w jakość produktów pana Toyody. Od 8 lat Toyota Camry to najlepiej sprzedający się w Stanach „Midsize” i kropka. (ponad 313.000 egzemplarzy)

Niestety, o ile jakość Toyoty nie budzi większych wątpliwości, to z designem jest już gorzej. Pomijając różnicę gustów, dość powszechnie – patrz globalnie - słychać głosy, że Toyota jest po prostu nudna. No i do tego ten wizerunek marki będącej prekursorem samochodów hybrydowych i dbałości o ekologię. Z pewnością taka "łatka" drapieżności nie dodaje. A amerykański everyman lubi moc. Cóż, życiu jest najczęściej tak, że albo coś jest praktyczne, ekonomiczne, ekologicznie i niezawodne, ale jest awangardowe… tzn. francuskie:) Toyota jednak jest japońska, a nuda w żadnym języku sprzedaży nie zwiększa. Wydaje się, że to właśnie zaczęło przeszkadzać marketing owcom w Stanach.

Wraz z wprowadzeniem na rynek nowego modelu Camry – 2011, postanowili zerwać z wizerunkiem auta z wypożyczalni, auta dla rentierów, tudzież rodzinnego sedana, którym rodzice klasy średniej wożą dzieci do szkoły (bez urazy dla SUVów). Zapadła decyzja by dodać trochę wigoru i splendoru. I tak, kierując się starą filmową maksymą „jak nie wiadomo co dalej robić, to zróbmy dym”, spece z marketingu Toyoty, podeszli do sprawy dosłownie.

Najpierw wysłali Team Toyoty do amerykańskiej serii wyścigów NASCAR, a następnie nakręcili spoty z „paleniem gumy” i całą masą dymu. Wydawałoby się, ze łączenie ryczących, paliwożernych mosntrów z Nascar z ekologicznymi hybrydami, to dość karkołomny pomysł. Wygląda jednak na to, ze niekoniecznie. Oto w świetle jupiterów konsument dowiaduje się, ze dostaje samochód z wyścigowym rodowodem, duża mocą i w dodatku ekologiczny&ekonomiczny, bo przecież hybrydowe. Cóż, zdaje się, ze nawet dym z opon toyoty jest mniej toksyczny niż ze starego dobrego Camaro. No chyba, że te pioruny ze spotów reklamowych wywołane są właśnie globalnym ociepleniem…

Tak czy siak, nudy jakby mniej, no i „thrill” też jest:)



wtorek, 16 sierpnia 2011

Guts Glory RAM

Było ostatnio o amerykańskich trendach i o Muscle Cars...
no i jakby na potwierdzenie tego o czym pisałem niedawno, pojawiła się oto nowa kampania Dodge RAM - "Guts & Glory". Klimat nowej reklamy - odpowiada charakterowi reklam Dodge'a Durango. To dobrze, bo przynajmniej wizerunek Marki jako całości jest spójny. Nie ma w nim odwołania do hi-techu, do wielkomiejskości, a tym bardziej miękkich miejskich atrybutów męskości. Jest za to prosty emocjonalny przekaz: RAM jaki jest - każdy widzi - potężny, muskularny, większy, silniejszy, może więcej, jedzie dalej... i ...oczywiście ma Hemi V8 5,7l ... A to odwołanie do dzikości natury i te konie... muszę przyznać, że ta sceneria z reklamy przywodzi na myśl stare dobre westerny - ot takie cowboysko-indiańskie, "skaliste" korzenie. I to naprawdę piękna rzecz. Nieracjonalne, ale krew w żyłach gotuje wrrrrrry!
Guts, Glory, RAM.

Take IT:



DuranGO!

Na początek odrobinę inspiracji...:)

To co się dzieje w technice i motoryzacji, to juz nawet nie jest rewolucja, to początek buntu maszyn. W czasie kiedy włączasz wodę na herbatę i oddajesz sie prozaicznym dwóm minutom niebytu, starając się ignorować istnienie cukierniczki (taa, cukier krzepi...) , gdzieś ktoś zwiększa prędkość Twojego kolejnego laptopa o kilkaset Hertzów, dodaje do Androida aplikację "pranie: kolor", a google permanentnie rozszerza Twoją świadomość o kolejne tera, digitalizując jednocześnie całe Twoje jestestwo.

W branży zabawek kołowych turbiny wirują z równie zawrotną prędkością. Merc widzi przy pomocy radarów nawet komary nocą we mgle; nowe A6 ma router Wi-Fi i automatycznie twittuje na facebooku, a Bayerische Motoren Werke pokazało i8 i ...dokonało tym samym teleportacji do czasoprzestrzeni Piątego Elementu. Przypuszczalnie, bawarscy inżynierowie walą tam teraz Sake z Samurajami Kwitnącej Wiśni, którzy są tam już od dawna dzięki LFA, GTR i Clarity. Swoją drogą jakoś mnie nie dziwi, ze największe premiery moto pokazuje się albo w Tokio albo we Frankfurcie, a nie Chicago, czy Detroit...

a właśnie, apropos Detroit czyli zagłębia amerykańskiej motoryzacji, vel: "Motown"...

Kojarzycie tę kampanię Chryslera z Eminemem "Imported from Detroit"? Pomijając zajebistość przesłaniową i stojący za nią "sneaky PR", to kampania niestety wywołuje u mnie ambiwalentne uczucia i dziwne refleksje. Z jednej strony mamy bowiem w głowie ciągle potęgę Stanów Zjednoczonych i mit światowego Szeryfa oraz Demokracji, a z drugiej strony, konie szeryfa juz nie takie rącze i by je sprzedać nawet lokalnym farmerom trzeba się odwoływać do pobudek patriotycznych.

link do spotu:

I tu mamy cały ambaras - jakim cudem, największa (przynajmniej oficjalnie) gospodarka świata nie potrafi wytworzyć produktu motoryzacyjnego na poziomie konkurencyjnym do... w zasadzie całej reszty świata (w miarę) cywilizowanego? Zaraz, no przecież ich chyba stać - byli na Księżycu, w Wietnamie i Iraku, maja Appla i Massachusetts Institute of Technology, a nadal produkują Dodge Hemi 5.7 o mocy 300 hp? Jak to?! Ktoś zaspał? Nie opłaca się? Barack, come on!

Cóż, automatycznie, jako wytłumaczenie nasuwa sie specyfika konsumenta i pauperyzacja kultury wyższej, skutkująca prostotą nawyków kolonizatorskich i macdonaldyzmem - czyli wielki muł, z wygodnym siodłem i hop siup do Salooonu. Big Fat mama kupuje coke&chips i upycha je do van, a nie do prestiżowego audi, bo raz że ją na audi nie stać, a dwa, co ważniejsze - w audi je sie penne, a nie double whooper. No, ale przecież w USA trochę kadry managerskiej też jest (Jackowo?;)

Tak czy siak, amerykańska motoryzacja po latach prosperity zaczyna się outować coraz bardziej. Wprawdzie zaserwowali remake starych dobrych American Muscle, ale szybko się okazało, ze to jedynie odgrzewane steki z nutką melancholii i sentymentu. Fakt, Camaro wygląda zawadiacko, Charger ma ryk i pojemność, ale jak przychodzi co do czego, to i tak kilkuletnie Audi, sprowadzane z kraju "Bitte ein Bit", nie ma na katowickiej większego problemu z amerykańskim „soldier”. O wykonaniu i ekonomii nawet nie wspominając...

Czyżby "le Bic Mac" zaMULił Motown?

Ok, bądźmy obiektywni - coś tam jednak próbują. Jest Chevy Volt (z idiotyczną wręcz kampanią reklamową), jest Tesla i jest tez Corvette ZR1, która swoją prostotą koncepcyjną jest niebezpiecznie szybka - ale to nie jest hi-tech - to po prostu prawy sierpowy zadany przez 140 kilogramowego wrestlera. Taki cios może powalić krowę, ale niestety na torze mimo mniejszej mocy GTR jest szybszy.

Wśród limuzyn, jakąkolwiek rywalizację z cywilizacją nawiązuje Cadillac CTS i Ford, który wprowadzając w zeszłym roku silnik Eco-boost 3.5 V6 dojechał do światowych standardów. I juz oszczędźmy sobie złośliwości, ze Japończycy skonstruowali to samo 6 lat temu... Ford Explorer z Eco-boostem jest niezły i kropka.

Mentalny dysonans jednak istnieje - Ford fordem, a zamiłowanie Amerykanów do rozjuszonych bawołów nadal jest silne. Nadal liczy się przede wszystkim show. W kabinie możesz mieć tandetny, ciosany do kantu plastik, ale bawół musi wierzgać rogami i wzniecać kopytami kurz. Twój SUV spalił mniej? Nieważne, spójrz na moje "towing capacity", na mój burnout! ...a na paliwo weźmie się kredyt:) Świat światem, cybertechnika cybertechniką, ale amerykańska bryka nie musi być jak niemiecka - OPTIMAL - musi być WRAAAHH! Musi huczeć i być COMFY & BLING-BLING. No więc niby maja gadżety, niby mają moc, ale z wyrafinowaniem i doskonałością to ma tyle wspólnego co "royal de lux" z czymkolwiek co jest royal:) To tak jak z polskim weselem - zaczyna się od waltza, a kończy i tak na gigant kacu. Cóż, "Yo-faktor" jest po prostu ważniejszy. Ta cowboyska żywiołowość, spontaniczność i swojska skłonność do rubaszności ma głęboko gdzieś jakąkolwiek technikę, skuteczność i rozsądek. Liczą się „jaja” ze stali i rock’n’roll! No i za to chyba najbardziej kochamy American Muscle...

Tyle, ze świat pędzi, a Ameryka nadal stoi w motoryzacyjnym rozkroku przeciągając linę między nowoczesnością a amerykańską tradycją. Którą drogę wybierze?

Hey America, which way you go Baby? bałns bałns, szikirap szikirap...

A tu inspiracji ciąg dalszy:

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Arrinera - Noble z motoryzacji?

Polska motoryzacja jest niczym polskie metro - jedna nitka, miliony pasażerów, a do tego zaczyna się w lesie i kończy gdzieś w szczerym polu. Historia polskiej motoryzacji w oczywisty sposób koreluje z historią naszych dróg - pasmo niekończących się kolein (żeby nie powiedzieć kanałów), lewych zakrętów, (żeby nie powiedzieć przekrętów) i dziur jak w dziurawskopomorskim.

Czy przemawia przeze mnie malkontent? Nie, kierowca:) Jakieś obiekcje? ok, no to proszę wybrać dowolny pojazd współczesnej niemieckiej marki i dowolny odcinek dowolnej Autobahn'y w Vaterlandzie. Porównamy:)

Zgoda, ostatnio coś u nas drgnęło. Nie chwalmy jednak dnia przed zachodem słońca, zwłaszcza, że Ci, co są tego słońca bliżej - no przynajmniej jego wschodu, ostatnio rzucili łopaty precz i polegli spaleni mazowieckim, tudzież łódzkim słońcem. Covec nie covec, kiedyś może jednak skończą. Warto byłoby się jednak trochę pospieszyć (i to wcale nie z powodu Euro '12), ale dlatego, że niebawem będziemy mieli pierwszy polski superszybki samochód! Żart? Skądże!.

Już jakiś czas temu, Arrinera Automotive ogłosiła, że zamierzają stworzyć polską superbrykę. Informacja bardzo dobra, ale ponieważ mam już za sobą parę wiosen w Naszym Pięknym Kraju, postanowiłem przyczaić się na facebooku i z dala obserwować te rewelacje. W myśl zasady "to co się dzieje naprawdę nie istnieje", postanowiłem, ze "poczekam, popatrzę, zrozumiem więcej i wtedy wreszcie sam też włączę się do akcji"...

Początkowo myślałem, że albo Arrinera pozostanie piękna mrzonką, albo to jakiś "krzak" stworzony w celach uprawiania "miłości" ze Skarbówką, ZUSem, lub inną lichwą. Później okazało się, że w przedsięwzięcie zaangażował się nie kto inny jak Lee Noble, czyli uznany, i znany angielski konstruktor samochodowy i przedsiębiorca. Trochę mnie to zbiło z tropu. Kiedy pokazali pierwszy prototypowy egzemplarz na evencie dla BCC, to się ucieszyłem. Wprawdzie informacja przeszła w mediach bez odpowiedniego echa, ale to pewnie przez ten wrodzony sceptycyzm i dwie wspaniałe polskie siły polityczne wielce miłujące pokój, które nie schodziły z czołówek gazet.

Przed tygodniem, do sieci dostał się youtubowy filmik, na którym pokazano wreszcie Arrinerę w ruchu. Ba, ten ruch był całkiem płynny, co poniekąd mogło wynikać z faktu, że nagrywano Arrinerę na gładkim i nowym, otworzonym przed kilkoma miesiącami, podwarszawskim odcinku S8. Normalnie bomba!

Cóż, zapowiada się, ze wreszcie będę musiał włączyć się do akcji. Arrinera jednak istnieje. Poczekajmy wprawdzie jeszcze na sprzedaż (ot tak, by być 100% pewnym:)), ale sam fakt pierwszej polskiej superbryki na gładkiej podwarszawskiej obwodnicy, jest przełomowy. Zauważyli to nawet zagraniczni motomaniacy. Niestety zauważyli też i to, ze Arrinera jest tak polska, jak polski jest Jack White z White Stripes... ma amerykański silnik, obcojęzyczną nazwę, anglojęzycznego konstruktora, włoski wygląd, a to, że z Polki zrodzony...

Ale od czegoś trzeba zacząć. Jeśli Arrinera będzie brzmieć jak The White Stripes - to nie będzie źle. Jack jest przecież very ok...zwłaszcza Daniels. Tylko trochę po przełknięciu taki lekki niesmak, że ten przód taki w Lambo...


piątek, 5 sierpnia 2011

FruGO!

...wizerunek to podstawa smaku. Po paru latach przerwy (przeoczenia? ee wątpię) powróciła alternatywa dla Coli - Frugo. Różowy jest zajebisty. Zimny ze szkła - tego Coli brakuje. Świetny do nawadniania po popołudniowym rowerze. No i ten pstrykający kapsel:) Towar prosty, podany ochoczo, acz w nie przekombinowany sposób - bez reklamy, bez ambasadorów marki, znika z lodówki w moim osiedlowym spozywczaku szybciej niz Ciechan. Mniam.

Intro


Czołem

lakonicznie, dynamicznie, bez ubarwień, dla wprawy i for fun, o du... pośladkach Maryni i wszystkim co się telepie pod kapeluszem. bez dywersji i bez spiny. zapraszam

welcome aboard.